Historia

Na początku był LIST

Huk, gwar, odgłosy tupania, przesuwania krzeseł trwają przez całą Eucharystię.

„Kaplica jest nieduża. Białe mury, kamienny ołtarz, na środku wsparty o ołtarz stoi duży, drewniany krzyż. Na rozpoczęcie Mszy św., po znaku krzyża i pozdrowieniu, wszyscy zgromadzeni kolejno podchodzą i całują krucyfiks. Huk, gwar, odgłosy tupania, przesuwania krzeseł trwają przez całą Eucharystię. Stosunkowo cicho robi się podczas kazania i podczas Podniesienia. Niektórzy klękają, inni stoją. Kilkunastu chłopców i drugie tyle opiekunów. Po przyjęciu Komunii Świętej cisza trwa ledwie kilka sekund. Jeszcze tylko piosenka na koniec i spocony, ze zdartym gardłem, ksiądz błogosławi całe zgromadzenie…”

Tak zaczyna się artykuł, który ukazał się w czasopiśmie LIST w 1997 roku. Opowiadał on o spotkaniach z chłopcami z Domu Pomocy Społecznej z ulicy Łanowej.

W każdy poniedziałek roku akademickiego u dominikanów spotykali się studenci – wolontariusze z grupą niepełnosprawnych chłopców. Na zajęciach zwanych „katecheza” zaczęli przybliżać sobie prawdy Miłości. Między studentami a chłopcami zrodziła się prawdziwa przyjaźń. Wolontariusze uczyli się być dla innych, dawać, ale i przyjmować to, co dają im chłopcy. I tak to trwa do dziś.

Pomysł musiał się skądś wziąć

Ej, Jezus, masz papierosa? – Wytłumaczyliśmy mu, że nie ma.

W 1994 roku to ja byłam wolontariuszem. Od początku dużo czasu spędzałam w Domu przy ul Łanowej. Jeździłam z chłopcami na obozy. Na jednym z takich obozów to chłopcy pokazali mi, że są ciekawi, kim jest Jezus. Wieczorami zabieraliśmy chłopców do kaplicy. Któregoś dnia Artur zaglądając do tabernakulum przez dziurkę od klucza zawołał: „Ej Jezus masz papierosa?” Wytłumaczyliśmy mu, że nie ma. Po chwili do tabernakulum podbiegł Darek i zapytał: „A czy Ty Jezus masz cukierki?” – na co zdenerwowany Artur odpowiedział: „A czy Ty nie słyszysz jak ci mówi, że nie ma?” Wtedy z moim przyjacielem pomyśleliśmy, że czas przygotowywania chłopców do sakramentu Eucharystii powinien być wyjątkowy.

Najpierw była wspólna msza, z kazaniami w formie scenek, które miały zastąpić tradycyjną naukę religii.

Ja już wtedy byłam związana z małym chłopcem o imieniu Wojtek. Wiedziałam, że sama nie podołam przygotowywaniu go do tak ważnego dnia.

Zrodził się we mnie pomysł stworzenia grypy, w której każde dziecko będzie miało kogoś bliskiego, kto będzie mu towarzyszył w zbliżaniu się do Jezusa, w poznawaniu się z Nim. Jeśli obok chłopca będzie ktoś, kto pomoże mu zrobić znak krzyża, kto skieruje jego oczy w stronę Jezusa, to da mu szanse zbliżyć się do dnia przyjęcia sakramentu i do tego czasu będzie już lubił to miejsce, będzie chciał przychodzić do Jezusa. Pomysłem tym podzieliłam się z Ojcem Wojciechem Prusem, który w tamtym czasie był duszpasterzem BECZKI. Tak się zaczęło. Znalazłam ludzi, którzy zgodzili się opiekować chłopcami w czasie tych spotkań. Najpierw była wspólna msza, z kazaniami w formie scenek, które miały zastąpić tradycyjną naukę religii. Po niej różne zabawy, spacery a czasem indywidualne spotkania, by móc lepiej poznać chłopców. Pierwszy rok tych spotkań zwieńczyła I Komunia Święta 11 chłopców z Domu na Łanowej.

Nie myślałam, wówczas, że ta grupa może istnieć tyle lat, że przejdzie przez nią tyle osób, nawiąże się tyle przyjaźni, że chłopcy tak będą tęsknić do tych spotkań.

—Ania Paruch

A z czasem…

Z czasem do grona podopiecznych dołączyły dziewczynki. Oprócz spotkań były wspólne wyjazdy, najpierw zimowiska, a później także obozy letnie. Wyjazdy to taki „specjalny czas”. Każdy podopieczny ma jednego opiekuna, ma kogoś tylko dla siebie. Każdy jest dla swojego opiekuna „jedyny” – najważniejszy, niepowtarzalny i bliski. Razem spędzają cały dzień, a często i zasypiają wciąż przy swoich opiekunach.

Zbudowane więzi wciąż pozwalają trwać tej grupie. Tęsknimy do wspólnych spotkań i wyjazdów. Wiele wspólnych wspomnień przywołuje uśmiech i mówi, że warto było wejść, spróbować razem uczyć się bliskości…