Ciężkowice - to jest to! 18. września 2014, 07:35

„Ciężkowice? Oooo… tam jest tak super!” – taka reakcja była normą u każdego, kto dowiadywał się, gdzie w tym roku wyjeżdżamy ma nasz letnio-jesienny obóz. I zapowiedzi tych, którzy tę malowniczą miejscowość już z Łanową odwiedzili, sprawdziły się w stu procentach. Dzięki szczodrości naszych ofiarodawców oraz pomocy wielu wyjątkowych osób mogliśmy spędzić tam wspaniały tydzień i cieszyć się wspólnym wyjazdem z naszymi Podopiecznymi.

Od ostatniej wizyty łanowiczów w Ciężkowicach minęło już trochę czasu, jednak Siostry Służebniczki Dębickie, prowadzące tamtejszy Dom Rekolekcyjny, doskonale pamiętały wyjątkową grupę, która kilka lat temu gościła w ich progach. Siostra Halina, przełożona Domu Zakonnego z uśmiechem wspominała, że słynne powiedzenie Grześka Molaka – „A Tyyyyy???”, jeszcze kilka miesięcy po jego wyjeździe, rozbrzmiewało w rozmowach między nimi.

Łanowa swój obóz dość nietypowo rozpoczęła w poniedziałek. Ciężkowice przywitały nas jednak piękną pogodą, którą natychmiast wykorzystaliśmy na beztroski relaks w pobliskim ogrodzie. Aż żal było wracać do domu, jednak powód był niezwykle ważny – msza święta, którą odprawił dla nas ojciec Tomasz Rojek. Ku wielkiej radości naszych Podopiecznych oraz nas samych, nasz duszpasterz po raz kolejny spędził z nami cały obóz, będąc dla nas wielkim wsparciem duchowym i pozwalając każdego dnia na jeszcze pełniejsze zbliżenie się do Pana Boga w jego słowie oraz sakramencie pokuty.

Podczas tegorocznego wyjazdu (jak zawsze zresztą) potwierdziło się, że pomimo pozornej powagi, którą staramy utrzymać w życiu codziennym, tak naprawdę w każdym z nas drzemie dziecko. W pełni uwidoczniło się to podczas wtorkowej wizyty w gorlickiej Sali Zabaw „Mały Robinson”. Basen z kulkami, labirynty przeszkód, gry telewizyjne, zabawki i oczywiście słodycze, to wszystko czego wraz z naszymi Podopiecznymi potrzebowaliśmy do szczęścia. I wszystko to dostaliśmy, spotykając się przy tym z niezwykłą serdecznością właścicieli, którzy z nadzwyczajnym spokojem oglądali nasze szaleństwa.

W środę wybraliśmy się do Stróży, gdzie czekała nas dogoterapia. Co ciekawe, w tym roku okazję do skorzystania z niej miał także… jeden z opiekunów :) Szczególne wrażenie zrobiła na nas profesjonalna stadnina koni oraz wyjątkowych rozmiarów ujeżdżalnia. Sobą nie byłby Adaś, który w lot złapał, do czego służy wielka hala i solidnie zmęczył goniącego go wokół Staszka.

Prawdziwa jazda czekała nas jednak we czwartek. Mimo niewielkich problemów z dotarciem na miejsce, ostatecznie Pan Kierowca jak zawsze stanął na wysokości zadania i zaskakując nawet właścicieli ośrodka hipoterapii, podwiózł nas niemal pod sam jego próg. Konie to niezmiennie jedna z ulubionych atrakcji i tak było i tym razem. Na ich grzbiecie zasiadł każdy z naszych Podopiecznych. Czas oczekiwania na swoją kolej część wykorzystała na wesołe skakanie na znajdującej się obok trampolinie. Na szczególnie zadowoloną wyglądała najmłodsza Sandra, dla której był do pierwszy obóz Łanowej – z pewnością jednak nie ostatni.

O wizytę na basenie Marcin Jakubowski pytał już od kilku dni. Jego marzenie spełniło się w piątek, kiedy w końcu wybraliśmy się na pływalnię. Szalonej zabawie w wodzie nie było końca, a porządku i bezpieczeństwa z brzegu pilnowali Stramol i Grześ Ademi. W tym czasie pozostali wybrali się na spacer, wykorzystując wspaniałe słońce, które sprawiało, że wielu z nas miało wrażenie, że na nasz obóz nie wybraliśmy się w połowie września, a w pełni wakacji.

Sobota upłynęła nam pod znakiem odpoczynku. Choć pogoda tego dnia nie była nam bardzo łaskawa, przed południem zdążyliśmy wykorzystać pozytywne jej chwile na puszczanie wielkich baniek. Szczególną radość sprawiały one Dominikowi oraz Dużemu Wojtkowi, którzy do ostatniego momentu z zachwytem spoglądali w górę, obserwując uciekające w niebo mieniące w słońcu się mydlane kule.

Z nadzieją na dobrą aurę wypatrywaliśmy popołudnia, na które goszczące nas siostry zaplanowały grilla. Najbardziej wytrwali nie zrazili się coraz mocniej kropiącym deszczem i choć ostatecznie pyszne kiełbasy musieliśmy zjeść na jadalni, nikt nie mógł być rozczarowany, bowiem zdecydowanie było na co czekać.

Nie był to jednak koniec sobotnich atrakcji. Wieczorem wszystkich na imieniny zaprosił Daniel, a jego z pozoru niewinne przyjęcie przerodziło się (a jakże!) w momentami trudną do opanowania imprezę. Na parkiecie co rusz królował inny gatunek muzyczny. Zabraknąć oczywiście nie mogło hitów latynoskich w tym słynnego „Amor” Julio Iglesiasa, który wywołał szeroki uśmiech na twarzy Marcina Pilcha, a kolejne partnerki w mig przekonały się o jego niebywałych umiejętnościach tanecznych. Dysko-błysko nie obyło się także różnego rodzaju przekąsek. Wydaje się, że dodatkowe podziękowania dla wspierającej nas po raz kolejny firmy Bahlsen ze Skawiny powinien wysłać Krystian, który z szybkością światła wracał do stołu po kolejne ciastka.

Po przedpołudniowej niedzielnej mszy świętej nie pozostało nam już nic innego niż zapakować się do autobusu i wyjechać w kierunku Krakowa, choć każdy z nas bardzo chętnie w Ciężkowicach zostałby znacznie dłużej. Tak jak podczas każdego spotkania z naszymi wyjątkowymi Podopiecznymi, także ten obóz przyniósł nam kolejne wzruszenia i odkrycia. Sprawił też, że mogliśmy znów przekonać się, że Pan Bóg obecny jest w każdym i każdej z nas i tylko od nas zależy, czy chcemy go odnaleźć.

A do Ciężkowic na pewno wrócimy!

Podłączone albumy

Poznaj ich lepiej